Andreas Horvath HEARTLANDS


Amerykański (nie)Sen 85. Szesnastoletni chłopak z Salzburga wylatuje na roczną wymianę międzyszkolną do USA. Przed wyjazdem ojciec daje mu swój stary aparat Zenza Bronica. Andreas zabiera go ze sobą, pakuje do torby również stos czarno-białych rolek Ilforda — tańszego zamiennika kultowego amerykańskiego Kodaka. W jego wyobrażeniach czekały na niego Chicago, Los Angeles, San Francisco. Nie trafił jednak do żadnego z miejskich molochów „amerykańskiego snu” — konceptu dobrostanu, który już wtedy był bardziej ideą niż rzeczywistością. Andreas ląduje w stanie Iowa, w niewielkiej społeczności miasteczka Maquoketa — daleko od swoich wyobrażeń o pozłacanej Ameryce. Trafia w samo centrum tzw. Rural America — przestrzeni, która od dekad inspiruje artystów swoją surowością i ambiwalentnym pięknem krajobrazu. To nie jedno miejsce, lecz pojęcie opisujące wiejską, małomiasteczkową Amerykę poza wielkimi metropoliami. Andreas jeszcze tego nie wie, ale ten wyjazd — początkowo fundujący mu ocean rozczarowania — stanie się kluczowym momentem w kształtowaniu jego osobowości twórczej. To tutaj zaczyna się jego żywa fascynacja tym krajem, jego brutalnym pięknem i bezdenną kopalnią miejsc oraz przyjaźni, które zaowocują opublikowaną później foto książką i filmami. Aż chciałoby się cofnąć w czasie i pocieszyć biedaka. Powiedzieć mu, że przed nim festiwal w Cannes z jego filmem „Lillian”, że wróci tu wielokrotnie, by tym miejscem opowiadać fenomen USA. Wspaniale byłoby dać mu znać, że musi to przetrwać i nauczyć się kochać to miejsce — bo Ameryka, jak żaden inny kontynent, potrafi magnetyzować swoją rzeczywistością, zauroczyć byle przydrożnym barem pachnącym bekonem i bardzo, ale to bardzo rozwodnioną kawą z opcją tak zwanej nieskończonej „dolewki”. Ten młody człowiek, zwany dalej Andym, zaraz zawiąże pierwsze przyjaźnie i dostanie kasetę zespołu „Devo”, z tak niepoprawnie politycznie tekstami jakich dzisiaj nie bylibyśmy w stanie uświadczyć. Najważniejsze jednak, że odda swoje czułe oko miejscom i postaciom, które będzie fotografował przez kolejną dekadę. Zgromadzi je później w albumie „Heartlands”, pierwotnie planowanym pod nonszalanckim, a zarazem dokumentalnym tytułem „Bible and Tire”. Klimat lat 80’ i brak prze cenzurowania sprawia, że społeczeństwo jakby żyło bardziej rozchełstane i żywe. Andy w swoim fotograficznym eseju obserwuje te niuanse, balansuje na granicy absurdu, autentyczności, surowości rozlanej na bezdrożach USA. Jego książka to osobista opowieść o świecie, który już bezpowrotnie zanika lub został zaszyty pod łatką poprawności. Gdyby wyciąć białe tło spoza portretowanych przez Richarda Avedona twarzy, oczom widza najpewniej ukazałby się świat, który fotografuje Andy — pełen pęknięć, napięć i zaułków w uniwersum niedoskonałości. Nagle zza pszczelarza mogłoby wyłonić się pole kukurydzy, albo piętrzące się stosy opon z reklamą lokalnego dystrybutora biblii. Avedon odcinał swoich bohaterów wręcz laboratoryjnie, studiując ich ciała odbijające otaczające je materie, podczas gdy Andreas odbija uczucia w krajobrazie, rzeźbiąc w nim żyjące postaci. Często jego ulice są puste, domy opuszczone, zwierzęta bezpańskie, ale wszystko osadzone Jest w oparach absurdu ludzkiej potrzeby kontroli i terytorialności Oczywiście nie możemy tego zrobić — podróże w czasie udają się jedynie na papierze. Ale co pomyślałby ten chłopiec, gdyby wiedział, że kiedyś wyśle swoją książkę Avedonowi? Legendarnemu fotografowi amerykańskiej kultury, który potrafił wydobywać najbardziej ikoniczne obrazy zarówno z nędzy, jak i z piękna ukrytego na obrzeżach wielkiej, wyuzdanej wizji Ameryki. Co by powiedział, gdyby wiedział, że tak skomentował jego prace: “The pictures are often beautiful, and certainly true.” — Richard Avedon. Ulubione zdjęcie z książki autora okazało się być również ulubionym Avedona. Na fotografii jest nieostry biały kot, który wyłania się z podupadającej rezydencji. Dom milczy, jest pusty, a zwierzę przechodzi przez obraz jak przypadkowy świadek popadającego w zapomnienie świata. To właśnie takie detale — marginalne, niemal przeoczone — budują emocjonalny ciężar fotografii w zbiorze Horvatha. Autor dostrzega w upadku piękno, a każde pęknięcie rysuje mocniejszy obraz oddalonej od swojego globalnego wizerunku Ameryki. Fotografia dla autora to podróż intuicyjna, nie zaplanowany od początku koncept. Z resztą daje się to wyczuć również w jego filmach. Jak udało mu się ująć Stany tak bezpretensjonalnie? Wydaje się, że jedyną słuszną koncepcją jest zlanie się z krajobrazem i powolna obserwacja. Autor książki, wracając przez kolejne lata na obrzeża, podróżował pożyczonym samochodem, często śpiąc na tylnym siedzeniu. To, co ukazywało się oczom dwudziestolatka, było światem sprzed wyjątkowo gwałtownego kataklizmu. Światem sprzed totalnej cyfryzacji, sprzed kamer przemysłowych, smartfonów i wycelowanegow drugiego człowieka obiektywu. Ludzie byli wpatrzeni w horyzont, przesiadywali przed swoimi domami. Na przejezdnych zawsze patrzyły czyjeś czujne oczy, czekały ręce splatające się w geście powitania. Autor później wielokrotnie, kiedy przejeżdżaliśmy dziesiątki kilometrów Rural Ameryką w 2016 roku kręcąc jego film - mówił, że nie ma już ludzi siedzących przed domami na tak zwanym front porch. Zniknęli.Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do robienia „ot tak” dziesiątek zdjęć, ale coraz rzadziej pamiętamy moment ich powstania. Nie wiemy czym pachniała ziemia i jaki kolor miało niebo, bo filtr HDR wypaczył rzeczywistość. Ta książka działa odwrotnie — zatrzymuje surowo czas. Wystarczy ją otworzyć i wyobrazić sobie, że gdzieś w oddali słychać suchy trzask migawki. Świat na ułamek sekundy zastyga, a wraz z powrotem lustra zostaje zapisany na zawsze. Każda strona jest taką chwilą — subtelną, namacalną podróżą w czasie z jedynym słusznym filtrem - wrażliwością na ironię otaczającego nas świata. Może warto zamiast serwować sobie kulturowy milkshake zajrzeć do tej skrzypiącej ludzką niedoskonałością książki i na moment przestawić dzisiejszą percepcję 9:16 na format nieco bardziej horyzontalny.